Basso Adrienne - 3 - Uwieść aroganta, Książki - Literatura piękna, Bonia, Harlequin Romans Historyczny

[ Pobierz całość w formacie PDF ]
Romans historyczny
Wydawnictwie
MARY BALOGH
Bez serca
Między występkiem a miłością
Nie do wybaczenia
Niedyskrecje
Niezapomniane lato
Noc miłości
Pieśń bez słów
Pojedynek
Sekretne małżeństwo
Tajemnicza kurtyzana
Zauroczeni
Złodziej marzeń
ADRIENNE BASSO
Poślubić wicehrabiego
Uwieść aroganta
Zakład o miłość
REXANNE BECNEL
Nieodparty i nieznośny
Swatka
CONNIE BROCKWAY
Kaprys panny młodej
Ku światłu
Mój najdroższy wróg
Miłość w cieniu piramid
Niebezpieczny mężczyzna
Sezon na panny młode
W labiryncie uczuć
MARSHA CANHAM
Honor klanu
Jak błyskawica
W jaskini lwa
Żelazna Róża
JANET DAILEY
Cienie przeszłości
JANE FEATHER
Wenus
GAELEN FOLEY
Jego Wysokość Pirat
Książę
Książę z bajki
Księżniczka
SUSAN KING
Całując hrabinę
MICHELLE MARTIN
Awanturnica
Diablica z Hampshire
Królowa serc
Lord kamerdyner
Szalona panna Mathtey
MEAGAN McKINNEY
Księżycowa Dama
Lodowa Panna
Łowcy fortun
Niegodziwa czarodziejka
Uzurpator
Zamek na wrzosowisku
FERN MICHAELS
Duma i namiętność
AMANDA OUICK
Czekaj do północy
Kłamstwa w blasku księżyca
Kontrakt
Ryzykantka
Wynajęta narzeczona
SUSAN ELIZABETH PHILLIPS
Wyobraź sobie...
MARY JO PUTNEY
Idealna róża
Pocałunek przeznaczenia
PEGGY WAIDE
Księżna jednego dnia
Obietnica łotra
Słowa miłości
ASSO
Uwieść aroganta
Przekład
Agnieszka Dębska
w przygotowaniu
NICOLE BYRD
Dama w czerni
AMBER
ADRIENNE
Tytuł oryginału
TO TEMPT A ROGUE
Redaktor serii
M A Ł G O RZ ATA C E B O • FON 10 SC
Redakcja stylistyczna
IZABELLA SłEŃKO-HOLEWA
Redakcja techniczna
ANDRZEJ WITKOWSKI
Korekta
JOLANTA KUCHARSKA
BARBARA 01'IŁOW'SKA
Ilustrac|a na okładce
COPYRtGI i T
£'
WYDAWNlC IWO AMBER
Opracowanie graficzne okładki
STUDIO GRAFICZNE WYDAWNICTWA AMBER
Skład
WYDAWNICTWO AMBER
Wydawnictwo Amber zaprasza do własnej księgarni internetowej
Copyright C
1
2004 by Adrience Basso.
Ail rights reserved.
Dla Rudy 'ego, mojego męża, który po dwudziestu latach nadal pozostaje
moim ukochanym, smagłym, przystojnym bohaterem
For the Polish edition
Copyright © 2005 by Wydawnictwo Amber Sp.
z
o.o
ISBN 83-241-2382-2
1
Londyn, początek stycznia 1811
Z
apadał zmierzch. Nathaniel Bennet, baron Avery i młodszy syn szóste­
go księcia Claridge'a, stał przed rodzinnym pałacem w Londynie. Chociaż
z masywnych, mosiężnych kołatek zdjęto już czarne wstęgi, w pogrążonym
w głuchej ciszy domostwie wciąż jeszcze panował żałobny nastrój, jakby
smutek i żal jego mieszkańców udzieliły się murom.
Był już spóźniony, ale wciąż tkwił przed wejściem. Czekał w milczeniu,
chcąc się uspokoić i powściągnąć emocje. Kieliszek czegoś mocniejszego
doskonale by mu teraz zrobił. Kilka łyków whisky albo koniaku rozgrzałoby
go, ożywiło i pomogło w jego zamierzeniach. Westchnął głośno, zażenowa­
ny własnymi myślami. Obłoczek pary z jego oddechu uniósł się do góry
w zimnym powietrzu. Przystojny arystokrata wzruszył ramionami i wcisnął
okryte rękawiczkami dłonie w kieszenie ciepłego płaszcza, żeby je rozgrzać.
Wiedział jednak, że to nie z powodu zimna dreszcz przenika go do szpiku
kości.
Wizyty z dnia na dzień powinny stawać się coraz łatwiejsze. Tymczasem,
choć codziennie przychodził nieco później i odchodził trochę wcześniej, wcale
tak nie było. Podobno czas leczy rany, ale on wciąż czuł ten sam dojmujący
głęboki ból.
Nie mógł się dłużej ociągać. Ze sztucznym, przylepionym do warg uśmie­
chem podszedł do wejścia, usiłując nie myśleć o tym, że grecka klasyczna
prostota budowli nieodparcie przypomina mu mauzoleum.
Na jego energiczne kołatanie natychmiast otworzył drzwi szczupły młody
lokaj, blondyn o jasnej cerze.
7
Jego Lordowska Mość nie przyjmuje dziś nikogo. Może zostawi pan kartę?
I wyciągnął ku niemu srebrną tacę na wizytówki w wyczekującym geście.
Nathaniel zmarszczył czoło. Widocznie lokaj był nowy, skoro nie wie­
dział, kogo powitał w drzwiach.
- Należę do rodziny! Zdjął ciężki płaszcz i wskazał palcem opaskę z krepy
na surducie. Nic trzeba mnie zapowiadać.
-Ale...
Nathaniel niedbałym gestem podał mu okrycie i odwrócił się plecami.
Jego Lordowska Mość jest w salonie nerwowo wyjąkał lokaj, rzucając
się do przodu, żeby palto nie upadło na śliską marmurową posadzkę.
Nie przyszedłem w odwiedziny do Jego Lordowskiej Mości - mruknął
pod nosem Nathaniel.
- Ach, to pan, milordzie! - Gospodyni, pani Hutchinson, wybiegła na scho­
dy. Obfity podbródek drgnął jej, kiedy oznajmiła: Panicz już o pana pytał.
Trochę się zezłościł, ale powiedziałam i jemu, i siostrom, że tylko pana pa­
trzeć. Bardzo im na tych wizytach zależy, a ja wiem, że pan nigdy by nie
uchybił takiej powinności.
Nathaniel poczuł wyrzuty sumienia, świadomy, że nie zasłużył na pochwa­
łę. To jego brat, Robert, zawsze brał sobie do serca obowiązki rodzinne.
Nie on.
- Czy dzieci już piły herbatę? - spytał, wchodząc na górę.
Nie, czekały na pana odparła. Ciężki pęk kluczy u pasa zadźwięczał
energicznie, gdy dzielnie usiłowała dotrzymać mu kroku. - Zaraz przyniosę
świeżej. Dzbanek w pokoju dziecinnym pewnie już wystygł.
- Znakomicie. Nathaniel powoli wspiął się na drugie piętro. Bez waha­
nia minął liczne drzwi w korytarzu. Dobrze znał drogę, przecież wiele razy
szedł tędy w młodości. Nie zwalniał kroku, póki nie stanął przed właściwym
wejściem. Bał się, że jeśli to zrobi, opuści go odwaga. Kiedy nacisnął klam­
kę, opanował się jednak i przybrał miły wyraz twarzy. Potem przekroczył
próg. - Dobry wieczór.
Służąca siedząca w rogu zerwała się pospiesznie i dygnęła przed nim.
Robótka, nad którą pilnie pracowała, spadła na podłogę - przyklękła więc,
żeby ją podnieść. Nathaniel chciał jej pomóc, lecz dziewczyna zaczerwieni­
ła się i tak zaplątała w słowach, że zrezygnował.
Przeniósł powoli wzrok na środek pokoju, gdzie troje małych dzieci sie­
działo przy stole, szepcząc coś do siebie po cichu.
Na kominku buzował ogień, przyjemnie ogrzewając pomieszczenie. Roz­
rzucone zabawki i pikowane obicia w żywych barwach powinny stwarzać
miłą atmosferę. A mimo to wszystko tu tchnęło sztywnym, oficjalnym na­
strojem, bardziej pasującym do salonu niż pokoju dziecinnego.
-- Cieszę się, że poczekaliście na mnie z herbatą. Jestem wam szczerze
wdzięczny.
Nathaniel uśmiechnął się zachęcająco, choć bez wielkich nadziei na reak­
cję. I rzeczywiście żadnej nie było. Stłumił westchnienie, odsunął krzesło
i usiadł. Mebelki były wprawdzie przeznaczone dla dzieci, lecz podczas po­
przednich wizyt przekonał się, że mocne drewno wytrzyma jego ciężar. Było
mu niewygodnie siedzieć z kolanami znacznie powyżej blatu, ale zdołał się
jakoś skulić na krzesełku, podkurczając długie nogi. W końcu ojciec dzieci
robił to prawie codziennie, póki nie zmogła go śmiertelna choroba.
- Czy... czy mogę ci nalać herbaty, stryjku? cicho i niepewnie spytała
dziewięcioletnia Phoebe.
Zaskoczony Nathaniel uniósł głowę i z nadzieją spojrzał na swoją bratani­
cę. Po raz pierwszy próbowała nawiązać z nim rozmowę! Podczas poprzed­
nich wizyt była grzeczna, ale prawie się nie odzywała, a jej niepewne wybą¬
kiwane pod nosem odpowiedzi sprawiały mu żywą przykrość.
- Jeśli wy też zechcecie się napić. - Posłał całej trójce zachęcający uśmiech.
Siedmioletnia Jeanne Marie odwzajemniła go przez krótką chwilę. Drob­
na dziewczynka z jasnymi jedwabistymi lokami spływającymi na ramiona
miała niebieskie oczy okolone gęstymi rzęsami.
- Czy lady Julienne też może siąść z nami do herbaty?
- Lady Julienne? - zdumiał się Nathaniel.
To jej lalka - wyjaśniła szeptem Phoebe.
Wtedy dostrzegł, że Jeanne Marie tuli do piersi zniszczoną szmacianą lal­
kę - zapewne swoją ulubioną zabawkę, bo lady Julienne brakowało jednego
oka i paru paluszków u lewej rączki, a niebieską sukienkę miała brudnawą
i obszarpaną.
- Będzie mi bardzo miło. Phoebe, zrób miejsce dla lady Julienne.
Zobaczył, że starsza z dziewczynek odetchnęła z ulgą i ostrożnie postawi­
ła drugą porcelanową filiżankę przed Jeanne Marie.
- Czy Wasza Miłość zechce przyłączyć się do nas?
Gregory Quincy Reginald Bennet, ósmy książę Claridge, odwrócił się,
złożył szybko ręce i zasłonił nimi buzię. Pucołowaty, rumiany chłopiec był
duży jak na swoje cztery lata. Chociaż między Nathanielem a jego star­
szym bratem, Robertem, nikt nie doszukałby się większego podobieństwa,
dziwnym zrządzeniem losu mały Gregory wyglądał jak wierna kopia stry­
ja, kiedy ten był dzieckiem. Świadczył o tym portret w rodzinnej galerii.
8
9
[ Pobierz całość w formacie PDF ]

  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • milosnikstop.keep.pl
  •