Ballada jakich wiele - Tradycji Katolickiej, Listopad eboki
[ Pobierz całość w formacie PDF ]
"Ballada jakich wiele" - Tradycji Katolickiej"Ballada jakich wiele"Dziœ nietypowo bo poetyckoWieczorem w niedzielê przy wiejskim ko¶cieleDziad stoi i bije we dzwony.Wtem m³odzian nieznany, dostatnio odzianyNadchodzi i s³ucha zdziwiony..I pyta nieœmia³o - có¿ we wsi siê sta³o,Komu to dzwonicie kochanie?Oj smutne to sprawy, je¿eliœ ciekawy,Pos³uchaj, opowiem ci panie.Przed wielu latami ¿y³ we wsi tu z namiCz³ek z cz³eka zamo¿ny, uczciwy.Ni soli ni chleba nie by³o mu trzeba,By³ cz³ek to naprawdê szczêœliwy.A by³o ich troje, on z ¿on± we dwojeA synek jedynak by³ trzeci,Weso³y, rumiany, dostatnio odzianyJak zwykle zamo¿nych syn kmieci.Raz ojciec z wieczora, wróciwszy ze dworaZ westchnieniem powiada do ¿ony:O Bo¿e, mój Bo¿e, jak te¿ tam we dworzeSyn pañski siê chowa uczony.I nam Bóg da³ dzieciê, czemu¿by te¿ przecieNie by³o uczonym cz³owiekiem?Sprzedajmy dwa wo³y, niech idzie do szko³yA kto wie, co i z nim siê stanie?Jak rzekli, zrobili, lecz ciê¿ko zb³±dzili,S±dz±c, ¿e syn wdziêcznym siê stanie.Dobra jest nauka, lecz gdy jej kto szukaNie z pychy - nieprawda¿ mój panie?Co rok wiêc na szko³y z ojcowskiej stodo³ySz³o zbo¿e, z obory dobytek.Syn rosn±³ w rozumie, lecz pono i dumie,Nie ojcom, lecz sobie w po¿ytek.I przesz³o lat wiele i nikt go tu w sioleNie widzia³ w zagrodzie rodzica.A z cicha mówiono, ¿e w mie¶cie tam ponoZ³y synek udaje szlachcica.¯e w g³owie ma pañstwo, nie ¶wiête Kap³añstwo,¯e ojca siê wstydzi w sukmanie.A Bóg siê tym brzydzi, kto ojca siê wstydzi.Nie prawda¿, có¿ wam jest, mój panie.Tymczasem oknami, jak mówi±, i drzwiamiPod dach niskiej bieda pcha siê strzechy.Ucieka dostatek, przyrasta za¶ latekA z nik±d pomocy, pociechy.A¿ prac± znu¿ony i bólem strawionyRaz upad³ przy p³ugu na ³anie.I zasn±³ na wieki, choæ nikt mu powiekiNie zamkn±³. P³aczecie mój panie?Opowie¶æ nie ca³a, wszak matka zosta³aA matka biedniejsza na ¶wiecie.Bo biada ka¿demu cz³ekowi samemu,Lecz stokroæ samotnej kobiecie.Wiêc pisaæ kaza³a do syna, b³aga³a:Rzuæ miejskie weso³e ¿ycie.Uczcij m± siwiznê, wróæ na ojcowiznê,Czemprêdzej przyje¿d¿aj tu dzieciê.Ba, panie kochany, groch rzucaj o ¶ciany.Trza by³o z rodzinnej wyj¶æ ziemiI rêkê niebodze wyci±gaæ przy drodze,Chleb zlewaæ ³zami gorzkimi.A¿ dzisiaj j± rano nie¿yw± zdybanoPrzy dawnej zagrodzie, przy ¶cianie.Przez lito¶æ w tej chwili my jej to dzwonili.Có¿ wam jest? P³aczecie mój panie?A m³odzian nieznany wzrok toczy³ zb³±kanyI krzykn±³ z osch³ymi powieki:A jam jest zabójca i matki i ojcaI szczê¶cia mojego na wieki.Jam trwoni³ grosz krwawy na fraszki, zabawy,Na stroje, rozrywkê przyjemn±.A ojce tu mili w nêdzy dni skoñczyli.O Bo¿e, zmi³uj siê nade mn±.Dziœ bardzo znu¿ony powracam w te stronyOs³odziæ im ¿ycia ostatki,Nagrodziæ im troski, ¿yæ z nimi wœród wioskiA nie ma ni ojca ni matki.I upad³ na ziemiê i ³zami krwawymiOblewa³ swe winy, zb³±kanie.Dziad oczy skry³ w d³onie i wszed³szy, na stronieRzek³ z cicha: za pó¼no, mój panie.Ta wersja nie jest najlepsza. Mam w ksi±¿ce (jeszczesprzed wojny) du¿o lepsz±. Jak przepiszê- zamieszczê...No i znalaz³em Mnie osobi¶cie ta wersja bardziej siêpodoba...Wieczorem, w niedzielê, przy wiejskim koœcieleDziad stoi i bije we dzwony;Wtem m³odzian nieznany, dostatnio odziany,Nadchodzi i s³ucha zdziwiony,I pyta nieœmiele: ;mój dziadku, w tem sieleKtó¿ ziemskie opuœci³ mieszkanie?Smutne to s¹ sprawy, lecz jeœliœ ciekawy,Pos³uchaj, opowiem ci panie.Przed kilku latami ¿y³ we wsi tej z namiKmieæ z kmiecia, zamo¿ny, poczciwy ;Ni soli, nie chleba nie by³o tam trzeba,By³ czczony, kochany, szczêœliwy.A by³o ich troje: on z ¿on± we dwoje,A synek jedynak by³ trzeci;Weso³y, rumiany, przystojnie odziany,Zwyczajnie jak bywa u kmieci.Raz ojciec z wieczora wróciwszy ze dworaZ westchnieniem powiada do ¿ony:Mój Bo¿e, mój Bo¿e! Jak to tez we dworzeStan kmiotka maluczki, wzgardzony.Prostaczek w tym t³umie, gdzie ka¿dy coœ umie,Nie znaczy nic prac± czy wiekiem;I nam Bóg da³ dzieciê czemu¿ by te¿ oprzecieI owe nie by³o cz³owiekiem?Przydajmy dwa wo³y, niech idzie do szko³y,A kto wie, co siê z nim stanie?Mo¿e siê przy dworze umie¶ci, a mo¿e,A mo¿e i ksiêdzem zostanie;.Jak rzekli, zrobili, lecz grubo zb³±dziliBo szczêœcie i w kmiecym jest stanie.Dobra jest nauka, lecz kto jej szukaNie z pychy, wszak prawda mój panie?Co rok wiêc ma szko³y z ojcowskiej stodo³ySz³o zbo¿e, z obory dobytek.Syn wzrasta³ w rozumie, lecz tak¿e i w dumieNa smutny rodzicom po¿ytek;I przesz³o lat wiele, a nikt go w tym sieleNie widzia³ w zagrodzie rodzica,A z cicha mówiono, ¿e w mie¶cie tam ponoWaszmo¶ci udaje szlachcica.¯e w g³owie ma pañstwo, nie ¶wiête kap³añstwo,¯e ojca siê wstydzi w sukmanie;A Bóg siê tym brzydzi, kto ojca siê wstydzi –Nie prawda? Có¿ wam to mój panie?Tymczasem oknami (jak mówi±) i drzwiamiDo niskiej siê bieda pcha strzechy;Ucieka dostatek, przybywa za¶ latek,A znik±d pomocy, pociechy.Starcowi i niwa w m³odo¶ci ¿yczliwaK±kole wydaje i g³ogi,Wiêc nieraz w potrzebie na syna i siebieZap³aka³ ów cz³owiek ubogi.A¿ prac± znu¿ony i bólem strawionyRaz upad³ przy p³ugu na ³anie,I zasn±³ na wieki i nikt mu powiekiNie zamkn±³; p³aczecie mój panie?O! Powie¶æ nie ca³a wszak matka zosta³a,A matka biedniejsza na ¶wiecie;Bo biada ka¿demu cz³ekowi samemu,Lecz stokroæ samotnej kobiecie.Wiêc pisaæ kaza³a do syna, b³aga³a:...
[ Pobierz całość w formacie PDF ]